Dorożkarze
Gdzie dorożkarze, muzyka gra
Oni to nie tańczyli, a tańczył świat
A w świecie, jak to przecież każdy wie
Kiedy kapela gra, to hula się
Na postoju przy rynku, w cieniu dnia
Brali granie — kto dał, ten miał
Bez szyldów, bez krzyku, bez słów
A każdy wiedział, gdzie iść znów
Gdzie dorożkarze, muzyka gra
Oni to nie tańczyli, a tańczył świat
A w świecie, jak to przecież każdy wie
Kiedy kapela gra, to hula się
Skrzypce i basy, klarnet i takt
Siedzieli cicho — a ruszał świat
Od stołu po próg, od progu w drzwi
Ludzieńki szaleli aż po świt
Gdzie dorożkarze, muzyka gra
Oni to nie tańczyli, a tańczył świat
A w świecie, jak to przecież każdy wie
Kiedy kapela gra, to hula się
Tę cenę to mieli, bo tak musi być
Bo nikt tak nie umiał poruszyć do krwi
I kiedy grali do białego dnia
Nikt tam z parkietu nie odchodzić chciał
Gdzie dorożkarze, muzyka gra
Oni to nie tańczyli, a tańczył świat
A w świecie, jak to przecież każdy wie
Kiedy kapela gra, to hula się
Rzeszów wiedział, jak się bawić. I wiedział, kogo zaprosić. W piątki pod pomnikiem Kościuszki stali muzykanci. Kto potrzebował kapeli na wesele, przychodził tam i wybierał – jak na targu, bo targować się można było o cenę, skład i styl. Tani albo drogi, znany albo debiutant, dwóch skrzypków albo cały zespół. Rzeszów miał z czego wybierać, bo muzykantów w okolicy nie brakowało.
Ale Wójcików nie szukał nikt pod pomnikiem. Franciszek i Józef Wójcikowie na co dzień wozili ludzi dorożką. Po godzinach grali tak, że weselne podwórka traciły rozum. Skrzypce, sekund, basy i klarnet – żadnych fajerwerków, żadnego tańca na scenie, tylko muzyka grana na siedząco, spokojnie, z pełnym skupieniem. I właśnie wtedy ludzie jakby szału dostawali. Tak to zapamiętał Franciszek Kotula, który widział i słyszał wiele. Wójciki grali z nut, znali najnowsze przeboje prosto z drukowanych zeszytów, z płyt patefonu, z Polskiego Radia – polki, w tym polkę przez nogę, i wszystko co właśnie było modne. Na wiejskim weselu i w miejskiej kamienicy czuli się równie dobrze.
Mówiono, że Wójciki zdzierają skórę – i pewnie trochę racji w tym było, bo dobra kapela w modzie może dyktować ceny i dobrze o tym wiedziała. Grywali na Drabiniance, w Zwięczycy, Racławówce, na Wygnańcu i Rudkach. Nie odmawiali też Rzeszowowi ani dalszym okolicom. Zamówienia przyjmowali na postoju dorożek i w domu, bez pośredników, bez giełdy pod Kościuszkiem – bo po co stać w tłumie, skoro zamawiający sami pukają do drzwi. Grali przez wojnę. Grali po wojnie. Ostatni raz w zmienionym już składzie – w 1955 roku.
Potem przyszły inne czasy, inne zespoły, inne mody. Ale ci, którzy choć raz tańczyli przy Wójcikach, pamiętali to do końca życia. Bo taką muzykę się pamięta – nie dlatego, że była głośna, ale dlatego, że była prawdziwa.
