logo

133

Na ręce numer, który nie jest liczbą
Bardziej drzazgą, co rośnie w duszy
Ktoś mnie wołał po imieniu — to echo

To imię zostało po drugiej stronie
Tam, gdzie wszystko, a jednak nic
Ktoś mnie wołał po imieniu — to cisza


Nie mów nic, tu słowa nie znaczą
Tu noc nie jest nocą, a żal rozpaczą

Oczy, co widziały wiele
Ale widzieć nie chciały
Ktoś mnie wołał po imieniu — to echo

Wolność, którą dostało niewielu
Wolność nie do końca wolna
Ktoś mnie wołał po imieniu — to cisza

Nie mów nic, tu słowa nie znaczą
Tu noc nie jest nocą, a żal rozpaczą
Nie mów nic, tu słowa nie znaczą
Tu noc nie jest nocą, a żal rozpaczą

Stanisław Szpunar miał siedemnaście lat, gdy wybuchła wojna. Ojciec był profesorem, Stasio chodził do gimnazjum. Spotykał się z kolegami po szkole i razem bawili się w partyzantkę – jak to chłopcy, naiwnie, odważnie, nie rozumiejąc jeszcze, co nadchodzi. 1 maja 1940 roku do domu Szpunarów wkroczyli gestapowcy. Zabrali go bez słowa. Na rzeszowskim Zamku spotkał większość kolegów, z którymi zabawiał się w konspirację. Potem był Tarnów. 14 czerwca 1940 roku, razem z siedmiuset czterdziestoma ośmioma innymi więźniami, wsiadł do transportu na wschód. Usłyszeli na powitanie słowa komendanta: „Pamiętajcie, że to nie jest żadne sanatorium. Stąd jest jedno wyjście: przez komin.” Nie myśleć, nie rozpamiętywać, nie widzieć wszechobecnej śmierci – walczyć o każdy dzień. Niektórzy poddawali się szybko, bo nie wierzyli, że gehenna kiedykolwiek się skończy. Szpunar przeżył. Sam mówił, że miał szczęście, że znał niemiecki i był silny. Ale szczęście to nie wszystko – trzeba było też czegoś, czego nie da się nazwać jednym słowem.

Wśród tego, co widział i co nosił w sobie przez resztę życia, była jedna scena, której nie zapomniał nigdy. Stał na obozowym apelu, kiedy ojciec Maksymilian Kolbe wystąpił z szeregu i poprosił, aby zamiast współwięźnia Franciszka Gajowniczka to jego zabrano na śmierć. Szpunar podkreślał, że obserwujący to zdarzenie więźniowie nie zdawali sobie wówczas sprawy, czego tak naprawdę są świadkami. Rozumieli to dopiero później. Przez lata.

Przeżył Auschwitz-Birkenau, Buchenwald i Bergen-Belsen. W kwietniu 1945 roku uwolniły go wojska alianckie. W październiku wrócił do Rzeszowa – do miasta, które pamiętał jako chłopiec, ale które teraz wyglądało inaczej. Albo to on wyglądał inaczej. Skończył gimnazjum. Studiował. Pracował. Żył.

Był ostatnim żyjącym spośród czterdziestu rzeszowian z pierwszego transportu do KL Auschwitz. Jeździł co roku do Oświęcimia na rocznicę. Mówił, że to jego powinność. Prosił: „Nie zapomnijcie o Auschwitz. Pamiętajcie tak, jak ja pamiętam. Wasza pamięć ma być związana z wiadomościami o tym miejscu i zasłyszanymi opowieściami. Moja jest wspomnieniem. Bardzo bolesnym wspomnieniem.”
Legendy Rzeszowskie

Koncert premierowy 19.06.2026