133
Na ręce numer, który nie jest liczbą
Bardziej drzazgą, co rośnie w duszy
Ktoś mnie wołał po imieniu — to echo
To imię zostało po drugiej stronie
Tam, gdzie wszystko, a jednak nic
Ktoś mnie wołał po imieniu — to cisza
Nie mów nic, tu słowa nie znaczą
Tu noc nie jest nocą, a żal rozpaczą
Oczy, co widziały wiele
Ale widzieć nie chciały
Ktoś mnie wołał po imieniu — to echo
Wolność, którą dostało niewielu
Wolność nie do końca wolna
Ktoś mnie wołał po imieniu — to cisza
Nie mów nic, tu słowa nie znaczą
Tu noc nie jest nocą, a żal rozpaczą
Nie mów nic, tu słowa nie znaczą
Tu noc nie jest nocą, a żal rozpaczą
Wśród tego, co widział i co nosił w sobie przez resztę życia, była jedna scena, której nie zapomniał nigdy. Stał na obozowym apelu, kiedy ojciec Maksymilian Kolbe wystąpił z szeregu i poprosił, aby zamiast współwięźnia Franciszka Gajowniczka to jego zabrano na śmierć. Szpunar podkreślał, że obserwujący to zdarzenie więźniowie nie zdawali sobie wówczas sprawy, czego tak naprawdę są świadkami. Rozumieli to dopiero później. Przez lata.
Przeżył Auschwitz-Birkenau, Buchenwald i Bergen-Belsen. W kwietniu 1945 roku uwolniły go wojska alianckie. W październiku wrócił do Rzeszowa – do miasta, które pamiętał jako chłopiec, ale które teraz wyglądało inaczej. Albo to on wyglądał inaczej. Skończył gimnazjum. Studiował. Pracował. Żył.
Był ostatnim żyjącym spośród czterdziestu rzeszowian z pierwszego transportu do KL Auschwitz. Jeździł co roku do Oświęcimia na rocznicę. Mówił, że to jego powinność. Prosił: „Nie zapomnijcie o Auschwitz. Pamiętajcie tak, jak ja pamiętam. Wasza pamięć ma być związana z wiadomościami o tym miejscu i zasłyszanymi opowieściami. Moja jest wspomnieniem. Bardzo bolesnym wspomnieniem.”