Maczuga i Byk
Kwadrat nieba nad murami
I syreny — wściekły krzyk
Cień chłopaków ulicami
Znowu wyszli mimo krzywd
A ich drogą strachem wiedzie
Gdzie nie poszli — płaczu szloch
W żyłach płynie czarna rozpacz
Tak jak zło, co wielbią go
Bo ich serce gna do przodu
Ludzie boją nocą iść
Tylko matka cicho płacze
I nie wierzy w to, co śni
Szli jak burza, ta najgorsza
Ta, co domy niszczy wciąż
Nigdy nie pytając szczęścia
Zabierała i szła won
Kwadrat nieba nad murami
Czarne chmury zaszły go
I spotkała chłopców kula
I przepadli w denną toń
Strach już nie był strachem swoim
Trwoga już nie miała sił
Kiedy czarne konie wiozły
Dillingera z Dejaville
Uciekli 31 grudnia. Przez drut kolczasty, przez mur, przez Wisłokę wpław – i przepadli w mroźnej nocy jak kamień w wodę.
Rzeszów obudził się w nowym roku z psychozą strachu. Na murach kamienic pojawiły się listy gończe z rysopisami: Maczuga, lat 22, blondyn, oczy niebieskie, twarz blada. Byk, lat 30, włosy ciemne, na lewej stronie głowy blizna. Ludzie zakopywali dobytek w ziemi. Kładli się spać niepewni, czy rano wstaną żywi. Starostowie czterech powiatów zrzucili się na nagrodę – dwa i pół tysiąca złotych za głowy bandytów. Dwuletnia pensja. Zawrotna suma. I wciąż za mała, żeby ktokolwiek ich dopadł.
Bo Byk i Maczuga mieli szczęście, jakiego nie powinni mieć ludzie tacy jak oni. Wymykali się z zasadzek, umykali obławom, znikali w lesie i pojawiają się sto kilometrów dalej. Zamordowali rodzinę w Błażowej. Zastrzelili policjanta Feliksa Lewandowskiego w Trzcianie. Wywiadowca Wasilewski, który przeżył ich kulę, stracił nogę – i niedługo potem życie. Prasa śledziła każdy ich krok jak sensacyjny serial, a „Tajny Detektyw” poświęcał im okładkę za okładką. Polska bała się i czytała. Czytała i bała się.Koniec przyszedł osobno, jak to bywa z takimi duetami. Byka dopadli w Rozborzu przy stodole – sześć policyjnych kul, śmierć na miejscu. Przed przeworskim prosektorium zebrały się tłumy gapiów. Maczuga bez wspólnika jeszcze się szamotał, jeszcze uciekał, jeszcze napadał – aż w końcu wyciągnięto go spod psiej budy na jednym z gospodarstw pod Przeworskiem. Nie stawiał oporu. Prosił o darowanie życia.
Sąd był krótki. Wyrok – śmierć przez powieszenie. Ale Maczuga nawet z łańcuchami na rękach nie potrafił spokojnie czekać. W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia wyłamał się z celi, przebiegł przez całe więzienie, wyskoczył przez wybite okno, przeskoczył przez sześciometrowy mur przy ulicy Szopena. Gonił go tłum przechodniów i strażnicy z rewolwerami. Zatrzymały go dopiero dwie kule – jedna w rękę, druga w kręgosłup. 7 stycznia 1935 roku Władysław Maczuga skończył swój żywot na łóżku więziennego szpitala. Miał dwadzieścia dwa lata. Prasa nazwała go polskim Dillingerem. Półświatek śpiewał o nim piosenki. Mieszkańcy Rzeszowszczyzny odetchnęli z ulgą.I dopiero wtedy, gdy obaj już nie żyli, zaczęły wychodzić na jaw zbrodnie, o których nikt wcześniej nie wiedział.
